piątek, 7 lipca 2017

Sztuczki

Ostatnio każdą wolną chwile przeznaczam na szycie. Dzieci rosną w oczach, a i moja garderoba po latach także wymaga odświeżenia. I to nie tylko w zakresie cerowania pończoch.

Zabieram moje szycie w zgrabnej torbie wszędzie, gdzie dotąd brałam książkę. Szyje w poczekalni u lekarza, na plaży, w tramwaju, w fotelu i na balkonie. Wszędzie tam, gdzie jest dobre światło i zapas czasu na przynajmniej 15 minut pracy.

A to kilka sztuczek ułatwiających pracę:

1. Nawlekam sobie kilka igieł tą sama nitką i robię od razu supełki. Igły czekają wbite w poduszeczkę i kiedy tylko kończę jedną nić biorę od razu następną. Nie ma przestojów w pracy i nie rozpraszam uwagi na nawlekanie. Bo jak się rozproszę, to mogę odpuścić szycie żeby zrobić coś innego [remont, pranie, zakupy - a czas ucieka].
Tą sztuczkę zawdzięczam Młodej.

2. Grubsze nici mniej się plączą. Zamiast szyć cienkimi poliestrami szyję lnianymi albo gdy historyczność nie ma znaczenia grubymi nićmi do jeansu. Mniej stresu - szybsze szycie!

3. Kroję hurtem wszystkie ciuchy jednego dnia i układam w reklamówkach w wielkim koszu. Każda reklamówka zawiera kompletny zestaw części. W razie czego odkładam całość do jednej siatki i podpisuję co to jest. Łatwiej potem po przerwie odszukać właściwy ciuch.

4. Szyję najpierw duże rzeczy, giezła, suknie, tuniki. Pierwszeństwo mają ciuchy najbardziej potrzebne. Małe rzeczy, które nie wymagają kilkunastu godzin pracy zawsze zdążę doszyć na imprezie.

5. Fastryguję na maszynie. Kiedyś sądziłam, że szkoda na to czasu, ale kursy krawieckie udowodniły mi naocznie, że to pomaga. Robię mniej błędów a jeśli już są, to wyłapuję je wcześniej i nie muszę pruć ręcznych szwów.

6. Wieszam na widoku wszystkie rzeczy czekające na wykończenie. Kłują w oczy i mobilizują do pracy.

7. Audiobooki - umilają pracę dzięki czemu można szyć dłużej bez znudzenia :)


A jakie są Wasze patenty?


Kwiatek estetyczny, dla ożywienia wpisu. Fotografia mojej Mamy :)

sobota, 1 lipca 2017

Grunwald is coming!

W tym roku udało mi się w końcu uszyć coś dla siebie! Juhuuu!
Wykrój z golden gown. Wełna farbowana w liściach brzozy i w żelazie, ręcznie szyte wszystkie szwy, pleciony sznureczek. Koszernie :)




środa, 7 czerwca 2017

Warsztaty z szycia spodni

Dokształcam się krawiecko :) Po zimowych kursach szycia przyszedł czas na warsztaty tematyczne z organizowane przez niezawodny tandem: Anwo S.C. i Pracownię Krawiecką Pola Doroty Szymichowskiej. Cały kurs trwał 16 godzin w podziale na 4 dni i odbywał się w Pracowni Pola, a tematem były spodnie.

Przeniesieniu kursu do pracowni krawieckiej było świetnym pomysłem. Można było podpatrzeć fajne rozwiązania na wykorzystanie miejsca i organizację stanowiska przy stole do krojenia albo maszynie do szycia. Krojenie materiału na wielkim blacie było bardzo komfortowe więc szło szybko, a ja na dodatek usiadłam sobie jeszcze do przemysłowych maszyn i co więcej - dałam sobie z nimi radę.

Warsztaty były kameralne; kursantek razem ze mną była czwórka, każda ze sporym doświadczeniem w szyciu amatorskim, więc wielu podstawowych rzeczy nie trzeba było tłumaczyć. Tempo szycia miałyśmy różne, więc zwykle płynnie wymieniałyśmy się miejscami przy stole i maszynach. Tylko przy żelazku bywało tłoczno, bo prasowania przy szyciu spodni jest naprawdę dużo.
Maszyny domowe przywiozła nam pani Kasia z Anwo, ale można było też wziąć własną z domu. Ja uznałam, że ciekawiej będzie skorzystać z przemysłowych, choć przy przeszyciach wymagających uwagi i precyzji przesiadłam się na bardziej oswojoną Janome Juno. Czasem warto szyć powoli.

Na spodnie kupiłam półtora metra bieżącego bawełny z elastanem o ciekawym wzorze, który ukrywał moje różne niedociągnięcia, a do tego wzięłam na drugą parę czarny poliestrowy materiał od Kasi. Zimą szyłam z niego sukienkę i dobrze mi się z nim pracowało. Mimo, że zrobiłam tylko jedną formę spodni na każdym materiale wychodziły inaczej. Musiałam je indywidualnie dopasowywać.
Jak zwykle żelazko z parą okazało się niezastąpione do sprasowywania i wygładzania niektórych elementów, przyklejania różnego typu flizelin, klejonek i modelowania.
Bawełniane spodnie wyszły mimo moich starań trochę za szerokie, więc będę je musiała zwęzić i na dodatek przedłużyć.

Przy spodniach wyszło, że samo zszycie materiału to ta najmniej czasochłonna część pracy. Najwięcej jest modelowania, najpierw formy a potem materiału na sobie. Podstawę stanowił wykrój spodni z Burdy, który trzeba było dostosować do własnych wymiarów.

Efekt jest świetny. Mam spodnie na miarę z głębokimi kieszeniami, nauczyłam się wszywać zamek i robić rozporek, a to coś, czego nie umiałam sobie dotąd nawet wyobrazić.

Nabrałam odwagi, żeby zabierać się za coraz trudniejsze rzeczy i czekam z niecierpliwością na kolejną edycję warsztatów dla zaawansowanych :D

Zdjęcia z warsztatów na FB ANWO S.C.

Nie mam wprawy w robieniu selfie - ale tak wyglądam w pracy w moich nowych, ulubionych spodniach :D


czwartek, 18 maja 2017

Przygody ze szkliwem

Zimą zakupiłam sporo próbek szkliwa, które okazały się całkiem wydajne i wystarczyły na różne projekty aż do maja. Chciałam zamówić więcej, a tu niespodzianka - nie ma...

Pięknej miętowej glazury wystarczyło tylko na miseczki i czareczki, ale przynajmniej komplet się udał.

Szkliwo butelkowe czym się zabrudziło i wypala się w bąble jak powierzchnia księżyca. Nie jest to efekt jakiego oczekiwałam. Ale to kwestia chemii, nie ma na to rady. Nie naprawię tego, co się spaprało.

Melonowe szkliwo normalnie i po prostu skończyło się u producenta. I czym tu szkliwić? Tyle skorup czeka w kolejce!

Szkliwo miodowo-żółte wypala się na czarno. Nie wiem, co mu się stało. Nie ogarniam :)

A oto efekty:

Miętowy komplet



Melonowa zieleń


Miodowe szkliwo. Ha, ha, ha...

poniedziałek, 15 maja 2017

Wisłoujście 2017

Obozowisko na dziedzińcu.
 Pogoda dopisała i niemal cały weekend spędziłam w Twierdzy Wisłoujście na zjeździe naszej Chorągwi. Nie było nas dużo, raptem jedenaście osób, ale za to zjazd był w nowej formule gry terenowej. Czyli coś za czym kiedyś bardzo tęskniłam - impreza fabularna.

Założenia były proste i oparte na historii wyprawy krzyżackiej na Gotlandię. Był szef straży twierdzy, który miał dbać o prządek i rekrutację ludzi do wyprawy. Szefem był Karasu. Ja byłam karczmarką i miałam zatrudniać ludzi do roboty przy garach. Był zbój, byli potencjalni najemnicy i szpieg Duńczyków.
Zaczęło się od podchodów, których celem było zdobycie jedzenia, ale gra szybko przerodziła się w "Monopol" tylko w reko-ciuchach i zwyciężył model dzikiego kapitalizmu. Dwaj "zawsze źli" czyli Karasu i zbój Błażej mieli role tych dobrych, więc wszyscy byli podejrzliwi wobec ich intencji.
Cała gra skończyła się jak uczta u Popiela, czyli szpieg Duńczyków wytruł wszystkich dosypując trutki do zupy. Mojej zupy, bardzo smacznej. Tajemny składnik, nie ma co...

Karczma to było dobre miejsce na eksperymenty kulinarne, więc zabrałam ze sobą książkę o kuchni
Słowian i garściami rwałam dzikie zielska, które nadawały się do jedzenia. Królowała młoda pokrzywa, ale znalazłam też tasznik, podagrycznik i gwiazdnicę. Mleczy nie użyłam bo były nieco za gorzkie. Z zielska, jajek, wody i mąki owsianej udały się smaczne wiosenne racuchy. Fajnie wyszła też "trująca" zupa na wędzonych kościach i kiełbasie, z soczewica i grochem, doprawiona tymiankiem i liśćmi kolendry. Zapiszę sobie proporcje, bo był to eksperyment i nazwę ją "Zupa po duńsku".
Gra w kości

Samo miejsce imprezy jest świetne, Twierdza ma swój niepowtarzalny klimat, choć zdemolowane przez wojny i nieudolne eksperymenty budowlane wnętrza aż krzyczą o remont i jakaś spójną wizję estetyczną. Dojazd z centrum Gdańska zajmuje jakieś 20 minut, ale droga jest dziurawa więc niewielu zmotoryzowanych dociera na miejsce. Dzięki temu w obrębie murów jest cicho i spokojnie a ci, którzy tam trafiają naprawdę są zainteresowani historią i zwiedzaniem.
Mi udało się posłuchać improwizowanego przy ognisku wykładu na temat historii budownictwa okrętowego w wykonaniu Macieja Flisa, członka Kompanii Kaperskiej i prawdziwego pasjonata.

Odpoczynek na wałach.
Dzieciaki można było puścić luzem, bo teren jest ograniczony wałami i murami i nie miały gdzie się zgubić. Mogły poszaleć strzelając z łuków do wału Twierdzy, podokładać do ognia a nawet pouczyć się rąbania drewna pod czujnym okiem taty. Wielkie podziękowania należą się całej ekipie za opiekowanie się młodzieżą i niezmierzone pokłady cierpliwości jaką dla nich mieli.

Mam szczerą nadzieję, że jeszcze nie raz trafimy do Twierdzy a model imprezy z fabułą będzie się rozwijał.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Znowu miski

Zrobiłam na kole kilka misek, pomalowałam a potem zaczęłam kombinować z polewaniem ich szkliwem, zamiast spryskiwania za pomocą pompki. Efekty na brązowym szkliwie wyszły ciekawie, na szkliwie transparentnym już mniej. Czarna farba podszkliwna pyli strasznie, niezależnie od tego czy rozrabiam ją z samym zaprawiaczem wodnym, czy z zaprawiaczem i z wodą. Taki jej urok.
Na szczęście reszta kolorów jest trwalsza.

Szkliwo, którym oblewałam miski za każdym polaniem nabierało drobinek czerni, która podczas wypalania osiadała na dnie naczynia tworząc efekt "przypalenia". W przypadku brązu jest nawet fajnie, miski wyglądają jakby przeleżały w ziemi ze sto lat. Ale przy szkliwie transparentnym technika nie zdała egzaminu, więc zostanę przy poprzedniej metodzie.

Miska z ptaszkiem - moja wersja.

Miska z ptaszkiem - oryginał.

Misa z motywem bizantyjskim. Ten typ malowania był popularny na Cyprze  a potem powędrował do Włoch.

Moja wersja. Malowałam farbami podszkliwnymi a nie bezpośrednio kolorowymi szkliwami, więc nie ma efektu rozpływania się wzoru.



Orygianł nr 1 o ciekawym szkliwie.

"Przypalona" miska, kolorystycznie przypominająca oryginał nr 1.

Oryginał nr 2, Bizancjum lub Cypr. Z tej miski zaczerpnęłam ornament.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Bluza "kangur"

Uszyłam coś współczesnego dla siebie w ramach odstresowania się. Nie do końca mi z tym wyszło, bo mi się owerlok zbuntował i przestał zmieniać naprężenia nici. Połamałam przy okazji całe pudełko igieł i zastanawiam się, czy go nie odesłać na serwis...
Po kilku próbach dojścia z nim do ładu przesiadłam się na moją wieloczynnościowa Juki i przeszyłam prawie dresówkę bez większego problemu. Przy ściągaczach na nowo dogadałam się z owerlokiem i oto mam gotowe dzieło :)

Bluza bez zamka, czyli ten łatwy model.

Kieszeń i kaptur podszyłam jerseyem.
Jeśli chodzi o wykrój, to korzystałam z tego schematu z sieci, tylko dopasowałam wszystkie wymiary do siebie i zrobiłam taliowanie.

Raglan

niedziela, 2 kwietnia 2017

Spódnica na XVII wiek

Nadrabiam zaległości z zeszłego roku. Materiały już dawno kupione, tylko czasu brak. A jak brakuje czasu, to trzeba zabrać się za coś prostego. Padło zatem na spódnicę do mojego jaquet, żeby w końcu był z tego jakiś sensowny komplet.

Wykrój jest prościutki, wystarczy zmierzyć obwód talii do paska spódnicy i długość rzeczonej.


Na spódnicę wykorzystałam szarą wełnę w jodełkę. Szwy widoczne zrobiłam ręcznie a nośne maszynowo. Tym razem użyłam też żelazka, żeby trochę wymodelować pasek spódnicy. Z przodu zrobiłam rozporek ze sznurowaniem, zgodnie z realiami epoki.
Żeby nadać spódnicy objętości zrobiłam coś w rodzaju wałka z resztek bawełnianego filcu. Jak znów znajdę chwilę czasu uszyję wałek zgody z zachowanymi zabytkami, ale na razie musi wystarczyć prowizorka.





Spódnica wyszła trochę za długa i będę musiała ją skrócić o  1,5 cm, ale zrobię to dopiero po pierwszej imprezie. Nigdy nie wiadomo jak zachowa się strój dopóki się go nie wypróbuje w terenie.

wtorek, 28 marca 2017

Koszule na XVII wiek

Odkąd mam dwie książki Janet Arnold nabrałam odwagi w szyciu późniejszym niż średniowieczne. Opanowałam wamsy, uszyłam damski jaquet, a teraz komplet koszul, dwie damskie i dwie męskie.
W damskich wykorzystałam wykroje z książki, ale jeden okazał się wadliwy i musiałam wszyć wzmocnienia na ramionach dla rozłażącego się materiału. Bez jakiegokolwiek podkroju na szyję tkanina ma za duże naprężenia.
W męskich koszulach skorzystałam z kroju przyramkowego, chociaż nie miałam do niego przekonania. Niesłusznie jak się okazało, bo szyje się go bardzo przyjemnie i sądzę, że w noszeniu będzie wygodny.

Z technicznych zdobyczy nauczyłam się marszczenia na fastrydze maszynowej, które jest o wiele szybsze niż ręczne. Poważnie zastanawiam się też nad zakupem stopki do marszczenia, bo w planach mam jeszcze kilka tego typu rzeczy.

Najpierw wyliczyłam wymiary poszczególnych części koszuli i ułożyłam na materiale. Wycięłam odpowiednio, dwa razy korpus, rękawy, kliny i przyramki. Z pasków zrobiłam mankiety do rękawów i stójkę pod szyję.

Następny etap to zszycie rękawów z klinami i wszycie przyramek. Potem zszycie boków rękawów. Rękawy nie są zszyte do końca - przy nadgarstku zostawiłam pęknięcie, żeby można było rozsznurować mankiet i podwinąć rękaw.

Dekolt koszuli i rękawy przymarszczyłam używając luźniej fastrygi maszynowej. Ustawiłam ścieg prosty na najdłuższy możliwy, czyli w mojej maszynie 4,5 mm i zmniejszyłam naprężenie górnej nici do pozycji 2. Zamocowałam ścieg na początku a potem ściągnęłam dolną nitkę na całej długość ściegu, dzięki czemu zrobiły się ładne, równe fałdki.
Marszczenia zamocowałam przyszywając do koszuli mankiety. Do mankietów można przyszyć tasiemki do związywania, guziki niciane lub zrobić dziurki i sznurowanie.


sobota, 25 marca 2017

#Po co to kupiłam? Dresówki

Uwielbiam kupować materiały. Odkąd kupiłam owerloka nie mogę się oprzeć różnym wzorom dresówek, jerseyów i innym współczesnym. Problem w tym, że kupuję szybciej niż szyję.
Stos materiału rośnie, projekty zalegają w szkicowniku a wciąż zaglądam do ulubionych sklepów i znowu nie mogę się oprzeć...

Tym razem postanowiłam uszyć coś z resztek i definitywnie pozbyć się ścinków zalegających w kartonie.
Ostatnio bardzo przypadły mi do gustu wszelki bluzy dresowe z raglanem i dresowe spodnie, więc postanowiłam zrobić komplet dla dziecka. 

Resztek nie wystarczało na bluzę, więc zrobiłam spodnie, których bardziej brakuje w szafie.
Było z tym sporo zachodu, gdyż musiałam odrysować stare spodnie. Materiał był powyciągany więc nie miałam pewności, że model będzie sensowny. Ale skoro zaczęłam, to nie zamierzałam się poddawać.

Zrobiła masę błędów - za krótką górę spodni, więc spadały z pupy, za wąską łydkę, a potem wszyłam listwę z gumą odwrotnie, tak że szew jest na wierzchu... Następnym razem nie ryzykuję i wezmę gotowy wykrój.

W każdym razie spodnie daja się nosić, a stosik resztek zmalał. Ufff :)









środa, 22 marca 2017

Malowane kubki

Luty był intensywny, choć nie znalazło to odbicia na blogu. Szyłam, malowałam ceramikę i na nic innego nie było czasu. Teraz mogę się pochwalić.

Wszystkie naczynia wykonała niezrównana Magdalena Kopiczko a ja je ozdobiłam.
Po ceramice czas na nadrobienie zaległości w szyciu :)


wtorek, 21 marca 2017

Kurs krawiecki

W lutym wzięłam udział w kursie krawieckim dla średniozaawansowanych, które organizuje firma ANWO S.C. z Gdańska. Kurs trwał 7 tygodni więc było sporo czasu na naukę. Zajęcia rozpoczynały się w piątek o 17:00 i trwały do 21:00,  a drugi blok odbywał się w sobotę od 9:00 do 13:00.
Zajęcia prowadziła dla nas Dorota Szymichowska, która na co dzień prowadzi Pracownię krawiecką "Pola" i ma w tym fachu wiele lat doświadczenia. Poza tym jest przesympatyczna, cierpliwa i pełna wyrozumiałości. Na kursie mieściło się pięć osób więc atmosfera była kameralna i cała ekipa szybko się ze sobą zgrała. Za sprawy organizacyjne, zaopatrzenie w materiały, maszyny, nici i wszystkie utensylia potrzebne do pracy odpowiadała pani Kasia z ANWO. Poza tym na każdej przerwie Kasia częstowała nas domowym ciastem, za każdym razem innym i za każdym razem przepysznym :) Pan Krzysztof z ANWO czarował nas prezentacją maszyn przemysłowych i przeróżnych krawieckich dodatków ułatwiających życie, dzięki czemu nabyłam stopkę do zamków krytych, teflonową nakładkę na żelazko i komplet igieł do owerloka. A do tego 3 metry świetnego, cieniutkiego żółtego sukna! Odkryłam też, że maszyny przemysłowe są naprawdę ciche. I piekielnie szybkie.

Na początku zmierzyłyśmy się z konstrukcją prostej spódnicy, aby nauczyć się wymiarowania i wykonywania formy. Był to też moment na zrobienie pomiaru własnej sylwetki i nauczenia się, które wymiary są ważne i do czego służą. Potem trzeba było siąść do maszyny do szycia i przeszyć skrojony materiał [było go sporo do wyboru w ramach kursu, ale można było także pracować na własnym]. Po wstępnym przeszyciu trzeba było nanieść poprawki na materiał i na formę, spruć i szyć jeszcze raz. A czasem jeszcze raz, i jeszcze raz... Dorota pilnowała, żeby nasze ubrania były uszyte z dbałością o szczegóły. Z maszyną jestem obyta, prucia nie cierpię, ale najtrudniejsze dla mnie było zaakceptowanie żelazka jako nieodzownego narzędzia krawcowej i różnego typu klejonek. Ale jak już zobaczyłam, jak bardzo się przydają do modelowania materiału moja niechęć ulotniła się bez śladu. Chyba nawet kupię sobie porządną deskę do prasowania i żelazko.

Koszula jeszcze bez guzików i dziurek, ale już efektowna.
Przy tym pierwszym zadaniu mogłam się zapoznać z maszyną Janome Juno i przyznam, że jestem pod wrażeniem. Juno to prosta maszyna mechaniczna, ale tak precyzyjna i doskonale wykonana, że gdybym musiała kupić coś na miejsca mojej Juki, to poważnie wzięłabym ją pod uwagę. Maszyna jest intuicyjna w obsłudze, dokładna i robi piękne ściegi. Ma wszystko czego trzeba aby dobrze uszyć ciuch, a przy tym jest cicha i estetyczna [nawet te kwiatki na korpusie jakoś mnie nie drażniły]. Nie spodziewałam się, że po przejściu na maszynę elektroniczną zachwycę się maszyną mechaniczną, ale Juno mnie urzekła.

Po ołówkowej spódnicy przyszłam kolej na spódnicę z koła i taką uszyłam dla córki, bo to jeszcze nie krój dla mnie. Może kiedyś ;)

Następna była bluzka i tu poszłam na całość - postanowiłam uszyć bluzkę koszulową. Było to trudne zadanie bo kupiłam na ten cel materiał w kratkę i wybrałam krój, który nie do końca pasuje do mojej figury Ale dzięki temu lepiej zrozumiałam o co w tym chodzi. Tu było dużo modelowania na materiale i na wykroju, ale efekt był tego warty! Do bluzek wykorzystałyśmy wykroje z Burdy i innych pism o szyciu, a także autorski model Doroty na asymetryczną bluzkę dzianinową typu "nietoperz". Do dyspozycji miałyśmy owerloka Juki MO-50, więc z szyciem dzianin nie było najmniejszego problemu.

Potem przyszedł czas na sukienkę, więc uszyłam sobie małą czarną, bo zawsze brakowało mi takiej w szafie. Skorzystałam z materiału ANWO, bo świetnie się na to nadawał. Wybrałam model z Burdy a potem dzięki Dorocie dopasowałam do swoich wymiarów i figury.

Zdjęcie z FB ANWO
Po uszyciu sukienki okazało się, że poziom zaawansowania naszej grupy jest wysoki i zostały nam wolne godziny na dodatkowe projekty.
Można było puścić wodze fantazji i zrobić coś, na co zawsze miało się ochotę ale brakowało odwagi, czasu albo umiejętności.

Ja wypatrzyłam w Burdzie piękną bluzkę z marszczeniami i zakładkowym przodem. Z takim modelem już kiedyś się zmierzyłam i skończyło się kompletną porażką. Pod okiem Doroty udało mi się zrobić porządny wykrój i w końcu wszystko pasowało. Zszycie dzianiny to był już banał, zrobiłam to na spokojnie w domu, na własnym owerloku.

Drugim projektem była bluza dresowa z zamkiem, którą kiedyś trochę żartem obiecałam Mężowi. Zdecydowałam się na model z raglanem, z którym wcześniej nie miałam do czynienia, z kapturem i nakładanymi kieszeniami, bo nie miałam siły na wpuszczane. Raglan sam w sobie okazał się dość prosty, kłopotów przysporzyło natomiast wszycie zamka. Za każdym razem wychodził nierówno, albo materiał by naddany i bluza falowała na środku, albo linia kieszeni i kaptura się rozchodziła. W końcu udało się jako tako go wstawić, dzięki temu, że koleżanka pruła moje szwy, Dorota wstawiała zamek ponownie, a ja w ramach wymiany przysług obszywałam sukienki i bluzki innych kursantek na swoim coverloku.

Bluzę zabrałam do skończenia do domu i walczyłam z oporem materii oraz własnymi błędami aż do
północy. Mimo, że wyszła trochę nierówno to spodobała się Mężowi. Dostała nawet metkę z imieniem właściciela i stylową złotą zawieszkę, którą zrobiła do niej nasza córka.
Bluzę uszyłam z doskonałej dresówki drapanej polskiej produkcji i podszyłam dresówka pętelkową drukowaną w motyw z Gwiezdnych Wojen. Mimo trudności nie zraziłam się i teraz jestem na etapie obmyślania własnej bluzy :)

Podsumowując - bardzo się cieszę, że wybrałam się na ten kurs. Nauczyłam się na nim więcej, niż się spodziewałam, poznałam fantastycznych ludzi i mam w szafie świetne rzeczy. Ciągle mam apetyt na więcej i już z góry się ciesze na planowane kursy tematyczne i ponowne spotkanie z naszą ekipą.
Jeśli ktoś zastanawia się czy warto się wybrać, to moja odpowiedź brzmi: TAK!

poniedziałek, 20 marca 2017

Cukiernica i maselniczki

Przedstawiam komplet utensyliów stołowych z jamnikami i końską głową, zrobionych na zamówienie Rosamar.

Maselniczka

Duuuuża cukiernica

Jamnikowa maselniczka

środa, 15 marca 2017

Marcowe wędrówki

Właśnie spojrzałam na kalendarz i dotarło do mnie, że luty minął jak mrugnięcie powiek.
Spieszę więc donieść, że żyję tylko jestem po sufit zawalona pracą. A żeby był jakiś dowód życia, to pokażę zdjęcia, które zrobiła Ola Piotrowska na spacerze po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym.






wtorek, 31 stycznia 2017

Pucharki

Pucharki na wino albo miód. Małe, zgrabne, pasujące do ręki. Kształty nawiązują do XV-wiecznych naczyń, malowanie jest kompilacją wzorów z włoskiej majoliki. Nie mogłam znaleźć odpowiedniego oryginału, który pasowałby do zrobionych przeze mnie wcześniej misek, więc postawiłam na re-kreację.

Trzy pucharki

Pucharki i kubek z Ikei, żeby można było ocenić wielkość naczynek.