niedziela, 23 października 2016

Dziady w Sławutowie

Pogaduszki przed chatą
Dzięki Drużynie Alkonost, która zorganizowała imprezę miałam przyjemność obejrzeć obrzęd  Dziadów. Wybrałam się z dziećmi, które na razie lubią średniowieczne przebieranki i wyjazdy tak samo jak ja.
Pogoda w Trójmieście nie była zachęcająca, ale deszcz i mgła ustąpiły w okolicach Redy, a potem było już tylko lepiej. Na miejscu było już sporo ludzi, ogień palił się w piecach i zaczynało się rzucanie toporami i strzelanie z łuku. Moje dzieci dostały własny kącik do strzelania i wsiąkły dokumentnie. Przybiegały tylko wtedy, gdy nie mogły same znaleźć strzał, albo wstrzeliły się w ścianę chaty na wysokości 3 metrów. Na szczęście miły turysta wspiął się po wsporniku i wyjął strzałę ze szczeliny, za co obdarzyły go tytułem człowieka-wiewiórki.
Ja dołączyłam do ekipy przygotowującej biesiadę. Znów miałam przyjemność testowania glinianego garnka. Był spory, prawie dwulitrowy, wczesny, z mocno szamotowej gliny. I sprawował się świetnie, zwłaszcza że był to debiut. Ugotowałam w nim kaszę pęczak, dzięki czemu wnętrze garnka się zaimpregnowało i nie powinni już przepuszczać wody.
W międzyczasie zakończyły się przygotowania do obrzędu. Było krótkie wprowadzenie, składanie ofiar i bajka dla dzieci o pierwszym człowieku, który nie miał daru śmierci i o tym skąd wziął się zwyczaj palenia zmarłych na stosie. Sporo się dowiedziałam :)
Gry na majdanie

Potem było ogniste widowisko, ale tylko rzuciłam okiem, bo trzeba było zając się smażeniem mięsa i dokańczaniem potraw. Za to dzieci obejrzały całość i przybiegły z relacją.
Wydano kapustę z boczkiem i prawie wszyscy pojechali szukać w lesie kurhanów, żeby urządzić na nich prywatny obrzęd Dziadów. Ja tymczasem spakowałam maluchy i ruszyłam do domu. Nie byliśmy przygotowani na nocleg, ale za rok pewnie zostaniemy aż do następnego dnia.

Inne zdjęcia
Mali łucznicy