niedziela, 24 lipca 2016

Grunwald 2016

Przeżyłam, umarłam w trakcie inscenizacji, wróciłam do domu. To tak w telegraficznym skrócie.

To był dziwny wyjazd. Bardzo zawiodła pogoda i nie było co robić, poza myśleniem, po co do licha znów tu przyjechałam?... Nie potrzebuję już wyjeżdżać z domu, żeby napić się piwa ze znajomymi. Przynajmniej z większością. Warsztatów rzemiosła, które najbardziej mnie interesują w okolicy właściwie nie ma... Muszę  poważnie przemyśleć podejście do Grunwaldu.
Dzieci własne i zaprzyjaźnione.
Fot. Anna Muszyńska

Co robiłam w tym roku? Ganiałam za dziećmi, bo dwa dni spędziły na polu. Są już dość duże, żeby czerpać radość z ubierania się w śmieszne stroje, strzelania z łuku, wbijania gwoździ i posługiwania się nożem.  Albo z siedzenie przy ognisku po zmroku słuchając jak Chorągiew śpiewa.

Testowałam gliniane garnki i żelazny kociołek, z całkiem dużym powodzeniem. W godzinę dało się przyrządzić pyszną kaszę. W żadnym garnku nie wychodzi tak dobrze jak w glinie bez szkliwa. Nie przywiera, nie przypala się, nie rozgotowuje. Zwłaszcza delikatna kasza jaglana zawsze się udaje, co w żelaznym garnku nigdy nie jest pewne.

Do dyspozycji miałam garnki od Neopottera, Lepigliny i Magdy Kopiczko. Każdy jest inny, wszystkie świetne. Teraz czas ulepić własne i zabrać na testy.
Przygotowania do biesiady.
Fot. Ola Piotrowska
Na żelaznych i mosiężnych patelniach najlepiej szybko i mocno przesmażać mięso czy inną żywność. Do długotrwałego duszenia nie nadają, bo w czasie podgrzewania potrawa przechodzi żelazistym smakiem i ciemnieje. W metalowych kociołkach najszybciej zagotowuje się też wodę.
Jeśli chodzi o gotowanie jajek, to najszybsza okazała się metoda zagrzebywania ich w popiele. W kociołku gotowanie trwa znacznie dłużej.

Deszcz padał od środy do soboty. Nasz namiot zaczął przeciekać, więc namokły filcowe maty i koce, ubrania były ciągle wilgotne a buty łapały wodę każdym szwem. Wełna jak zawsze sprawowała się bez zarzutu, czyli nawet mokra grzała. Niestety miałam tylko jedną zamianę ciuchów z grubej wełny. Nowe się szyją. Zdążę pewnie na przyszły sezon. Kaptur typu wełna na wełnie grzał mnie w dzień i nocy, i jest to element garderoby, którego nigdy się nie pozbędę. Sprawdza się na każdym wyjeździe.

Kraming.
Fot. Anna Muszyńska
Mimo deszczu targowisko działało więc było się gdzie przespacerować, odwiedzić znajomych i miło spędzić czas. No, i  oczywiście kupić znów trochę zabawek, nie tylko dla dzieci :D Hitem była wełna tkana w diament na kramie u Bartoszów, w różnych kolorach i grubościach. Piękna, koszerna, droga... Kupię sobie parę metrów w przyszłym roku, jak uzbieram fundusze. Przywiozłam przepiękną białą kamionkę kupioną u Magdy Kopiczko - tak uwielbiam u niej kupować. Nie ważne, ze umiem coś ulepić sama. Warto kupować u mistrzów.
Moja córka zakochała się w szpilkach z ametystem roboty Jarka Drawsa z More maiorum, więc kupiłam zestaw dla niej i drugi dla siebie. Uwielbiam kute szpilki.
Jak zwykle zajrzałam na stoisko Bellony i kupiłam rewelacyjną książkę kucharską - Kuchnia Słowian. Przeczytałam od deski do deski i teraz testuję smaki. Właśnie dziś zlałam w butelki kwas chlebowy i za pięć dni dowiem się, czy wyszedł dobrze. Mam wielką nadzieję że tak, bo uwielbiam kwas!

Wyjście hakowników na generalkę.
Fot. Magdalena Korinka
Próba generalna została zalana deszczem, więc z corocznego karnawału niewiele wyszło. Przygotowaliśmy się za słabo, żeby porządnie zagrać Minionki. Druga ekipa zrobiła to zdecydowanie lepiej. Cóż,trzeba już zacząć myśleć o przyszłym roku. Jedno, co po próbie chodzi za mną i nie mogę się tego z głowy pozbyć, to radosna przyśpiewka kibiców: Odwróćcie tabelę - Krzyżacy będą na czele!

Na szczęście sama inscenizacja się udała, było sucho i ciepło, lonty nie zamokły, nie było niewypałów  ani rannych. Spakowaliśmy graty i pojechaliśmy do domu. Przy okazji na wyjeździe udało mi się zakopać auto w błocie. Wypchnęli mnie z niego dwaj uczynni turyści wraz z moim mężem. Nigdy nie wiadomo, skąd człowiek doczeka się życzliwości. Pozdrawiam panów turystów!

Po powrocie najchętniej wzięłabym jeszcze tydzień wolnego, żeby odpocząć po Grunwaldzie, ale tak dobrze to nie ma :)
Mimo, że nie byłam do końca zadowolona z tego wyjazdu, to już tęsknie za tymi wszystkimi ludźmi, których tak lubię i widzę tylko tam. To w sumie dla nich wciąż będę przyjeżdżać na pola.

Pixarowe niebo nad obozem Chorągwi Gdańskiej.
Fot. własna

Kamil Szproncel złapał podwózkę w drodze na spotkanie dowódców.
Fot. własna

Odpoczynek po "śmierci".
Fot. własna.