niedziela, 26 czerwca 2016

Kupała w Sławutowie

Kolejny rok za nami. W zeszłym sezonie odkryliśmy osadę w Sławutowie i od tego czasu bardzo chętnie tam wracamy. Na warsztaty, wystawy, albo na obrzędy. Tym razem połączyliśmy ze sobą same przyjemności, czyli obchody najkrótszej nocy w roku, wystawę mieczy europejskich i weekendowy odpoczynek.

Fot. Magdalena Zawadzka-Sołtysek

Wystawa zajmuje dwie największe chaty i jest naprawdę obszerna. Zaprezentowano na niej repliki mieczy od starożytności do czasów współczesnych [to taki mały żarcik na sam koniec oglądania]. Repliki są bardzo starannie wykonane, oprawione i zaprezentowane, i zrobiły na mnie świetne wrażenie. No, może poza rapierem, który wydał mi się zbyt ciężki i mieczowaty. Ale  w spawach broni nie jestem ekspertem. Schiavona mnie zachwyciła, tak samo jak obszernie opisany langsax, kopis i rumpia. Na planszach obok wystawy i na etykietkach broni udało się zmieścić naprawdę mnóstwo ciekawych informacji. Pomogło mi to usystematyzować moją wyrywkową wiedzę.Specjalnie nie robiłam zdjęć z wystawy - trzeba obejrzeć samemu. Jest na to czas do 9 lipca.

Pogoda była bezlitosna; najpierw niemiłosierny upał, który wysysał energię, potem całonocne burze i ulewy. Dzieciom to jakoś nie przeszkadzało - plotły wianki, wspinały się na kamienie, ganiały po osadzie i ciągle miały apetyt na podpłomyki. Pomogły posprzątać chatę z żarnami, w której tym razem nocowaliśmy a po deszczu chlapały się w kałużach.

Obrzędy były tak zaplanowane, żeby wszyscy chętni zdążyli dojechać, nawet po obejrzeniu meczu polskiej reprezentacji. Niestety, wraz z nimi zdążył też przyjść deszcz. Mimo to, w przerwie pomiędzy ulewami udało się rozpalić obrzędowe ognie, złożyć ofiary poskakać przez płomienie.

Fot. Magdalena Zawadzka-Sołtysek
Były też  niezapowiedziane  atrakcje - przyjechał kolega z łownym puchaczem europejskim, którego można było potrzymać na ręku i poczuć się jak średniowieczny sokolnik albo wielmoża.

Nie obyło się bez gotowania na ogniu w glinianym garnku. Tym razem w podroż wzięłam litrowy nieszkliwiony garnuszek od Neopottera. Sprawdza się bardzo dobrze na wyjazdach, jest lekki  ale wytrzymały. Muszę przyznać, że kasza zawsze wychodzi najlepiej, jeśli gotuję ją w nieszkliwionym garnku. Jest odpowiednio mokra, ale nie rozgotowana. I sypka jak trzeba. Glina długo trzyma ciepło, więc można przygotować ją wcześniej i wstawić w gniazdo ze słomy podczas, gdy dogotowuje się resztę obiadu.

Przetestowałam też swoją glinę, czyli małą lapmkę olejową, i muszę przyznać, że byłam zaskoczona efektem. Użyłam knota z bawełnianego sznurka, dość luźno splecionego ale grubego na mniej więcej pół centymetra i zwykłego oleju rzepakowego. Płomień był jasny, nie kopcił i palił się tak równo, że można było spokojnie przy nim czytać. Sznurek palił się powolutku i wcale nie zużywał tak dużej ilości paliwa, o jakiej wcześniej myślałam. Jest to bardzo wydajne oświetlenie, niestety przeznaczone do pomieszczeń, bo na wietrze lampka gaśnie błyskiem. Do obejścia grodu podczas warty zdecydowanie lepsza byłaby latarnia lub pochodnia.

W chacie było sucho, dość ciepło mimo przeciągów i całkiem cicho. Spaliśmy jak kamienie mimo burz szalejących na zewnątrz. Do szczęścia brakowało mi tylko różnych drobiazgów, które powinny się w niej znajdować, gdyby była zamieszkiwana na stałe. Na przykład kołków wystających ze ścian, na których mogłabym powiesić ubrania do wysuszenia po deszczu. Ławeczki albo skrzyni, na której można byłoby przysiąść. Albo okiennic. Mam nadzieję, że z czasem się tam pojawią. Wtedy mieszkanie w grodzie przez tydzień mogłoby dać złudzenie przeniesienia się w czasie.

Bardzo chciałabym, żeby w tym roku udało się zorganizować jeszcze jakieś obrzędy, może Dziady. Można byłoby sobie przypomnieć o starych tradycjach, no i przetestować ekwipunek w innych temperaturach.

Specjalne podziękowania należą się Magdzie Zawadzkiej-Sołtysek, za wspaniałe zdjęcia, które pozwoliłam to sobie wykorzystać. Nareszcie zostałam uwieczniona na wyjeździe!

Trochę moich zdjęć jest tu.