wtorek, 21 marca 2017

Kurs krawiecki

W lutym wzięłam udział w kursie krawieckim dla średniozaawansowanych, które organizuje firma ANWO S.C. z Gdańska. Kurs trwał 7 tygodni więc było sporo czasu na naukę. Zajęcia rozpoczynały się w piątek o 17:00 i trwały do 21:00,  a drugi blok odbywał się w sobotę od 9:00 do 13:00.
Zajęcia prowadziła dla nas Dorota Szymichowska, która na co dzień prowadzi Pracownię krawiecką "Pola" i ma w tym fachu wiele lat doświadczenia. Poza tym jest przesympatyczna, cierpliwa i pełna wyrozumiałości. Na kursie mieściło się pięć osób więc atmosfera była kameralna i cała ekipa szybko się ze sobą zgrała. Za sprawy organizacyjne, zaopatrzenie w materiały, maszyny, nici i wszystkie utensylia potrzebne do pracy odpowiadała pani Kasia z ANWO. Poza tym na każdej przerwie Kasia częstowała nas domowym ciastem, za każdym razem innym i za każdym razem przepysznym :) Pan Krzysztof z ANWO czarował nas prezentacją maszyn przemysłowych i przeróżnych krawieckich dodatków ułatwiających życie, dzięki czemu nabyłam stopkę do zamków krytych, teflonową nakładkę na żelazko i komplet igieł do owerloka. A do tego 3 metry świetnego, cieniutkiego żółtego sukna! Odkryłam też, że maszyny przemysłowe są naprawdę ciche. I piekielnie szybkie.

Na początku zmierzyłyśmy się z konstrukcją prostej spódnicy, aby nauczyć się wymiarowania i wykonywania formy. Był to też moment na zrobienie pomiaru własnej sylwetki i nauczenia się, które wymiary są ważne i do czego służą. Potem trzeba było siąść do maszyny do szycia i przeszyć skrojony materiał [było go sporo do wyboru w ramach kursu, ale można było także pracować na własnym]. Po wstępnym przeszyciu trzeba było nanieść poprawki na materiał i na formę, spruć i szyć jeszcze raz. A czasem jeszcze raz, i jeszcze raz... Dorota pilnowała, żeby nasze ubrania były uszyte z dbałością o szczegóły. Z maszyną jestem obyta, prucia nie cierpię, ale najtrudniejsze dla mnie było zaakceptowanie żelazka jako nieodzownego narzędzia krawcowej i różnego typu klejonek. Ale jak już zobaczyłam, jak bardzo się przydają do modelowania materiału moja niechęć ulotniła się bez śladu. Chyba nawet kupię sobie porządną deskę do prasowania i żelazko.

Koszula jeszcze bez guzików i dziurek, ale już efektowna.
Przy tym pierwszym zadaniu mogłam się zapoznać z maszyną Janome Juno i przyznam, że jestem pod wrażeniem. Juno to prosta maszyna mechaniczna, ale tak precyzyjna i doskonale wykonana, że gdybym musiała kupić coś na miejsca mojej Juki, to poważnie wzięłabym ją pod uwagę. Maszyna jest intuicyjna w obsłudze, dokładna i robi piękne ściegi. Ma wszystko czego trzeba aby dobrze uszyć ciuch, a przy tym jest cicha i estetyczna [nawet te kwiatki na korpusie jakoś mnie nie drażniły]. Nie spodziewałam się, że po przejściu na maszynę elektroniczną zachwycę się maszyną mechaniczną, ale Juno mnie urzekła.

Po ołówkowej spódnicy przyszłam kolej na spódnicę z koła i taką uszyłam dla córki, bo to jeszcze nie krój dla mnie. Może kiedyś ;)

Następna była bluzka i tu poszłam na całość - postanowiłam uszyć bluzkę koszulową. Było to trudne zadanie bo kupiłam na ten cel materiał w kratkę i wybrałam krój, który nie do końca pasuje do mojej figury Ale dzięki temu lepiej zrozumiałam o co w tym chodzi. Tu było dużo modelowania na materiale i na wykroju, ale efekt był tego warty! Do bluzek wykorzystałyśmy wykroje z Burdy i innych pism o szyciu, a także autorski model Doroty na asymetryczną bluzkę dzianinową typu "nietoperz". Do dyspozycji miałyśmy owerloka Juki MO-50, więc z szyciem dzianin nie było najmniejszego problemu.

Potem przyszedł czas na sukienkę, więc uszyłam sobie małą czarną, bo zawsze brakowało mi takiej w szafie. Skorzystałam z materiału ANWO, bo świetnie się na to nadawał. Wybrałam model z Burdy a potem dzięki Dorocie dopasowałam do swoich wymiarów i figury.

Zdjęcie z FB ANWO
Po uszyciu sukienki okazało się, że poziom zaawansowania naszej grupy jest wysoki i zostały nam wolne godziny na dodatkowe projekty.
Można było puścić wodze fantazji i zrobić coś, na co zawsze miało się ochotę ale brakowało odwagi, czasu albo umiejętności.

Ja wypatrzyłam w Burdzie piękną bluzkę z marszczeniami i zakładkowym przodem. Z takim modelem już kiedyś się zmierzyłam i skończyło się kompletną porażką. Pod okiem Doroty udało mi się zrobić porządny wykrój i w końcu wszystko pasowało. Zszycie dzianiny to był już banał, zrobiłam to na spokojnie w domu, na własnym owerloku.

Drugim projektem była bluza dresowa z zamkiem, którą kiedyś trochę żartem obiecałam Mężowi. Zdecydowałam się na model z raglanem, z którym wcześniej nie miałam do czynienia, z kapturem i nakładanymi kieszeniami, bo nie miałam siły na wpuszczane. Raglan sam w sobie okazał się dość prosty, kłopotów przysporzyło natomiast wszycie zamka. Za każdym razem wychodził nierówno, albo materiał by naddany i bluza falowała na środku, albo linia kieszeni i kaptura się rozchodziła. W końcu udało się jako tako go wstawić, dzięki temu, że koleżanka pruła moje szwy, Dorota wstawiała zamek ponownie, a ja w ramach wymiany przysług obszywałam sukienki i bluzki innych kursantek na swoim coverloku.

Bluzę zabrałam do skończenia do domu i walczyłam z oporem materii oraz własnymi błędami aż do
północy. Mimo, że wyszła trochę nierówno to spodobała się Mężowi. Dostała nawet metkę z imieniem właściciela i stylową złotą zawieszkę, którą zrobiła do niej nasza córka.
Bluzę uszyłam z doskonałej dresówki drapanej polskiej produkcji i podszyłam dresówka pętelkową drukowaną w motyw z Gwiezdnych Wojen. Mimo trudności nie zraziłam się i teraz jestem na etapie obmyślania własnej bluzy :)

Podsumowując - bardzo się cieszę, że wybrałam się na ten kurs. Nauczyłam się na nim więcej, niż się spodziewałam, poznałam fantastycznych ludzi i mam w szafie świetne rzeczy. Ciągle mam apetyt na więcej i już z góry się ciesze na planowane kursy tematyczne i ponowne spotkanie z naszą ekipą.
Jeśli ktoś zastanawia się czy warto się wybrać, to moja odpowiedź brzmi: TAK!